Tour de Rumunia / Mołdawia 2017

 

15-25 lipca 2017r

 

Dzień 0 - dojazd do Częstochowy (14 lipca).

Z różnych stron Polski do Częstochowy dolatywali motocykliści zapisani na rajd. Ja miałem 250km i zameldowałem się przy 7 Kamienicach już o 18. Po kwaterunku poszedłem z kolegami na Apel Jasnogórski o 21. Jak zwykle było wiele pielgrzymek i tłok ale udało się stanąć na modlitwę nieopodal kraty. O 22 wzmocnieni modlitwą wszyscy poszli spać.

 

Podsumowania dnia 0: udany dzień, pogodny i bez większego stresu, korki środkiem ! Przelot dzienny (u mnie) 250, u innych nawet 400.

 

 

Dzień 1 - wyprawa na Węgry.

O 6 klęczeliśmy prawie wszyscy na odsłonięciu cudownego obrazu. Zaraz potem była msza św. celebrowana przez naszego kapelana i kilkudziesięciu innych księży. Kaplica nabita po brzegi. Szybki powrót i śniadanie na kolanie a o 7.30 lecieliśmy na rumakach w kierunku Poronina trasą nr 1. Krótkie tankowanie i oblekliśmy się w przeciw-deszczówki. Prowadzimy ze Sławkiem całą grupę na A4 i potem na Zakopiankę. Najpierw szybko, potem korki, deszcz, błoto z budowy i jazda środkiem by nie stać. Dotarliśmy do Rabki i postoju przed karczmą Siwy Dym. Suty posiłek i tankowanie przygotowały nas na dalsze trudy. Po 13 pociągnąłem grupę w kierunku przejścia Jurgów. Padało, ale ciasno nie było więc szybko znaleźliśmy się na Słowacji. W Popradzie wbiliśmy na autostradę w kierunku Koszyc. Po przejechaniu 160km i pokonaniu 5 km tunelu, a także ulewy zatrzymaliśmy się na stacji paliw. Półgodzinny popas na rozprostowanie kości. Dalej po 63km była granica węgierska. Dotarliśmy tam z małym objazdem z powodu remontu. Winieta na 10 dni na Węgrzech kosztowała każdy pojazd 6Euro. Już tylko 64 km dzieliły nas od noclegu w Miskolcu. Po meldunku w hotelu Pannonia wepchaliśmy nasze maszyny do podziemnego garażu. O 20.30 poszliśmy na kolację do niedalekiej restauracji gdzie czekały dechy z mięsiwem i muzyka na żywo. Same wspaniałe smaki szkoda było wychodzić.

 

granica Słowacko-Węgierska

Podsumowanie dnia 1: dzień przeplatany ulewnym deszczem, korkami, nawigacja TomTom niezawodna, nowy Navitel niestety cienko. Na Węgrzech można spotkać ludzi mówiących po polsku, jedzenie mają wyśmienite, a drogi takie jak u nas, główne super, lokalne do kitu. Ogólnie super. Przelot dzienny 535 km - bez bólu !

 

 

Dzień 2 - droga na Rumunię.

Tradycyjnie zaczęliśmy Mszą św. w pokoju Kapelana. Z powodu różnicy czasu niewiele osób zdążyło. Na śniadaniu też było pusto. trzeba było budzić. O 9 lecimy na termy 7km. Parkujemy przy hotelu Kitty. Ja pilnowałem motocykli i wbijałem z Krzysiem nawigacje. Reszta pluskała się do 12 na basenach. Lecimy na granicę Autostradą M3 - gładką jak stół, przez 90km żadnego pęknięcia. Lechu prowadzi. Pusto i szybko jak to w niedzielę, tankowanie, potem postój na tradycyjne arbuzy. O 15 docieramy na granicę a tam kontrola paszportu i dowodu rej. Godzinka w plecy i pełnym słońcu 32 st. O 16 jesteśmy w Rumunii i wylatujemy w kierunku gór. 65km spokojne, troszkę dziur i szaleństwa miejscowych puszek. Potem trudne serpentyny w górach, 30km, trochę mokro, trochę straszno, kręto, gwałtownie i duża zmiana wysokości prawie 1400mnpm. O 18 parkujemy przed Wesołym Cmentarzem . Zwiedzamy, Lechu sporo tłumaczy i opowiada historię miejsca. Kolorowo jak na odpuście a nie cmentarzu. Przed płotem jarmark ludowy. Dziewczyny w pięknych tradycyjnych strojach. Ludzie nas zaczepiają przyjaźnie. Pędzimy dalej na tankowanie i 3 km przed noclegiem wlewamy wachę do pustych zbiorników, było już 260 km od ostatniego nalewania. Nocleg w hotelu Casajurca w miejscowości Ocna Sugatag, warunki super, będziemy wspominali taki luksus. Motocykle zaparkowane między tujami, na których w nocy paliły się lampki jak u nas na święta. Po kolacji miejscowe wino z deserem arbuzowym.

 

granica Węgiersko-Rumuńska

Podsumowanie dnia 2: Pogoda dopisuje 30 st, tylko w górach ciut wilgotno. Drogi kręte wznoszące i opadające gwałtownie, trudne dla początkujących. Zawsze myślałem że Rumuni są ciemni jak Cyganie a tak nie jest, są bladzi jak my. Zmieniliśmy strefę czasową +1h. Przelot dzienny 330 km - daliśmy radę.

 

 

Dzień 3 - trasa na Suczawę.

Dzień zaczęty o 6.30 tradycyjnie Mszą przed śniadaniem. Rano Tosiek łapie gumę na przodzie, miejscowi mu szybko pomagają. Większość grupy czeka przy monastyrze w Barsana. Zwiedzanie, zdjęcia, podziwianie, kawa, lody i upał. Już z Tośkiem starujemy na najtrudniejszy odcinek. 160 km przez góry a całość w remoncie, brak nawierzchni, duże zmiany wysokości, ruch wahadłowy, zerwane mostki - duży koszmarek. Wojtek dwa razy kładzie moto z Renią. Na szczecie spotykamy turystów ziomali z Mińska. Na zjeździe drugi Wojtek przegrzewa BMW. We dwóch doganiamy grupę na trasie szybkiego ruchu. Dalej tankujemy i wcinamy arbuzy w upale. Czyścimy się z pyłu budowy górskiej drogi. Docieramy do polskiej wioski Kaczyka (rum. Cacica). Robimy zbiorowe foto przy pomniku JP II. Krótka modlitwa w kościele i jedziemy nieopodal do kopalni soli. Schodzimy kilkaset stopni w dół, zwiedzamy długie korytarze i wiele dużych sal wykutych. Zapach  powala więc po wyjściu oddychamy pełną piersią. Od razu startujemy na nocleg do Suczawy. Spotykamy Polski autokar ze Śląska, miło spotkać rodaków. Hotel Continental udostępnił nam parking przed wejściem i fajne pokoje. Do kolacji tanie wino i deserek. Suczawa żyje całą noc w końcu to 105 tysięczne miasto.

 

 

naciśnij na zdjęcie aby je powiększyć

 naciśnij na zdjęcie aby je powiększyć

 

\

Podsumowanie dnia 3: Upał 34 st. arbuzy dojrzałe dają nawodnienie i cukier. Górska droga w remoncie dała nam szkołę jazdy w arcytrudnych warunkach. Przelot dzienny 280 km - gdyby nie góry to luz.

 

 

Dzień 4 - szlak na Mołdawię.

Msza św. posiłek i ruszamy o 8.30. Najpierw podjeżdżamy pod zamek w Suczawie, dawnej stolicy państwa Mołdawskiego. Lechu przybliża historię miejsca i udziału polskiego. Marek łapie kapcia. Pomagam mu pianką i gonimy grupę. Pędzimy nierównymi drogami, na poboczach kozy i obozy górskiego wypasu. Doganiamy na granicy z Mołdawią na tamie. Sprawdzanie po stronie rumuńskiej i mołdawskiej ukradło nam ze 3 godziny. Wymieniamy walutę na Leje Mołdawskie. Tanio tankujemy (3zł/l) i czekamy na pogubionych co szukali urwanej kamerki. Za 40km znów jemy arbuzy. Trasa obsadzona gęsto orzechami włoskimi. Droga nędza, smoła luźny żwir, tarka, dziury, łaty, posypka, a kierowcy równie szaleni jak na Rumunii. O 17 meldujemy się w hotelu w Cricowa. Potem kolacja i wyjazd busem do Kiszyniowa (stolica Mołdawii). Lądujemy przed winnicą w chwili jej zamykania więc ze zwiedzania nici. Pozwalają nam jedynie wjechać meleksami do tuneli po zakup win. Nakupiliśmy krocie butelek do wieczornej degustacji oraz do domów na prezenty. Wyjechaliśmy z sieci tuneli które podobno mają 50km prosto do autokaru i powrót trzypasmówką do hotelu. Tam wiadra z lodem posłużyły nam do schładzania wyskokowych napojów. Wieczór nieco się wydłużył, ale integracja się pogłębiła. Pokoje piętrowe, bez klimy nie da się spać.


 

naciśnij na zdjęcie aby je powiększyć

 

granica Rumuńsko-Mołdawska

Podsumowanie dnia 4: Pogoda cud 27-29 st. Pola w słonecznikach jak w Rumunii i na Węgrzech. Wysokie pagórki całe w geometrycznych wzorach pól uprawnych. Drogi obsadzone drzewami widać z daleka. Drogi przecinają szczyty i nimi podążają bo nie jest wysoko. Najwyższy przejazd 290 mnpm. Drogi fatalne jak u nas 50 lat temu, jedynie przy stolicy gładkie i szerokie, poza tym dramat. Przelot dzienny 330 km, ale prędkość średnia ze względu na stan nawierzchni tylko 60-70 km/h.

 

 

Dzień 5 - przeprawa nad Morze Czarne.

Msza nieco opóźniona. Noc po degustacji bardzo krótka. Po śniadaniu o 7 wyjazd. Na początku lecimy dobrymi drogami przy stolicy. Przecinamy wzniesienia do 300m. Potem asfalty stopniowo zanikają aż do całkowitego sparcenia. Droga M3(międzynarodowa) w kierunku na Ukrainę i Rumunię ginie w dołach. Marsjański krajobraz pokonuje nasze morale. Odkręcają się części na motocyklach, opony mają sprawdzian jak nigdy w życiu. Czy to nie aby Azja ? Dziury na pół koła, zygzaki naszych śladów, pył drogi, wystające ostre kamienie. Jeden z nich wbija mi się centralnie w tylne koło. Powietrze zaczyna uciekać. Docieramy do 50 km takiej męki do jakiegoś miasteczka 40km przed granicą i tankujemy. Na stację podjeżdżają pojazdy z innej epoki komunistycznej, znany widok dawnego systemu. Pędzimy na granicę, mijamy skręt i lądujemy na przejściu ukraińskim, nie dali nam przejechać pomimo że wszystkie nawigacje pokazywały tam najkrótszą drogę. Zawracamy 10 km i jeszcze 30 i stoimy na granicy z Rumunią. Godzinka z życiorysu i wjeżdżamy do innego świata. Po drogach Mołdawii Rumunia wydaje się nam bogatym rajem. Pędzimy na Olimp. Drogi kręte i gęsto od puszek. Zasilamy się arbuzami. Mamy przed sobą 290 km, dobrze że większość autostradą. Drogą z Bukaresztu docieramy do Constanca, miasta portowego. Potem na południe wzdłuż wybrzeża wpadamy do Olimpu, luksusowego kurortu nad Morzem Czarnym. Ogromne hotele i brak tłumów na ulicach. Do trzech razy sztuka i prowadzący Lechu przywodzi nas na parking przed hotel Majestic. Meldunek, prysznic i kolacja przy dźwiękach głośnej muzyki na żywo. Jedzenie nie powalało ale rachunki za colę i wodę już tak. Po kolacji tańce egzotyczne na żywo w wykonaniu młodych tancerek.

 

zawróceni na granicy Mołdawsko-Ukraińskiej, wszystkie GPS wskazywały tą drogę, objazd 30km

granica Mołdawsko-Rumuńska

Podsumowanie dnia 5: Pogoda upał ale już przywykliśmy. Arbuzy dojrzałe i o niezapomnianym smaku. Drogi mołdawskie w skrócie "dramat", kto nie musi niech nie jedzie, chyba że enduro. Na drogach małe wózki na drewnianych kołach ciągną osiołki, to fajny widok. Granica z Rumunią jak za komuny, szczegółowe przeszukania i liczenie fajek. Rumunia w UE poszybowała w górę i na tle sąsiada wypada wspaniale. Morze Czarne - gwarantowana pogoda i temperatura wody. Przelot dzienny 600 km, najpierw wolno 20km/h potem szybko 130 km/h. Po ciężkim poranku wspaniała popołudniowa jazda.

 

 

Dzień 6 - plażowanie i wyjazd do Bułgarii.

Późna pobudka, jak to nad morzem wypada. Msza, śniadanie i plażowanie. Nie lubię leżenia więc wymyśliłem wyjazd samotny do Bułgarii. Okazało się że Lechu też miał taki pomysł i się zgadaliśmy. Inni się zwiedzieli i tak ok 10 większość grupy leciała wybrzeżem Morza Czarnego do Varny. Trochę ponad 100 km to była dla nas pestka, ale po drodze były same niespodzianki. Ja straciłem powietrze w kole (kamień na marsjańskiej drodze Mołdawii), tankowaliśmy za Lewy, kapelan zgubił lusterko i żarówkę, po drodze była granica z kontrolą paszportową i miejsca z pysznymi arbuzami. Przeciągnęło się trochę ale wreszcie dotarliśmy na miejsce. Varna, miasto portowe przywitało nas pokomunistycznym blokowiskiem. Na parkingu Krzychu przypalił łydkę o tłumik VTX-a. W parku gdzie było muzeum po naszym królu Władysławie III Warneńczyku który walczył o to miasto (jedno z miast Siedmiogrodu) i niewpuszczanie muzułmanów do Europy. Lechu w zaskakująco ciekawy sposób opowiedział o tych wydarzeniach, jego wiedza zrobiła na wszystkich wrażenie. Wracaliśmy starymi i nowymi ulicami po których jeździły bardzo nowoczesne tramwaje. Po przejechaniu na powrót granicy zatankowaliśmy jeszcze. Do hotelu przyjechaliśmy na 18. Miała być kolacja ale wynikła jakaś pomyłka i spędziliśmy w oczekiwaniu na posiłek przy stole ponad 2 godziny. Jedzenie marnej treści nie zrekompensowało nam oczekiwania, ale potem nastąpiły znowu występy śpiewaczek i tancerek między stołami. Koledzy za staniki powkładali ostatnie pieniądze, a niektórzy nawet się zapożyczyli. Dobrze że mój portfel został w pokoju bo pewnie też nie oparłbym się pokusie. Motocykliści którzy nie byli z nami w Bułgarii przynieśli ze sobą świeżą opaleniznę z plaży. Niektórym potrzebne były balsamy łagodzące bo czyste niebo, morska bryza i temperatura 32 st. szybko zrobiły swoje.

granica Rumuńsko-Bułgarska

naciśnij na zdjęcie aby je powiększyć

 

Podsumowanie dnia 6: Pogoda piękna bez zmian, drogi do Bułgarii gładkie i równe, paliwo tanie jak u nas, cola równie czarna jak Morze Czarne, arbuzy i melony dojrzałe i sycące. Przelot dzienny 250 km, lajcik przy tak wielu zatrzymaniach. Kolejny udany etap w doborowym towarzystwie.

 

 

Dzień 7 - plażowanie i zwiedzanie portu Constaca.

Lenistwo. Po śniadaniu poszliśmy w kilku na basen, fajnie ale trochę nudno, tylko leżaki i woda, muzyka zbyt głośna jak na odpoczywanie. Poszliśmy na plażę tam gdzie reszta załogi już baletowała pod parasolami. Sponsor Zbychu urządził wzorowe relaksowanie przy chłodzonych napojach i szumie fal. Postanowiłem jednak polatać po okolicy więc zebrałem pięciu chętnych na zwiedzanie nadmorskich kurortów. Po drodze zaliczyliśmy pizzę w hotelowej restauracji. Na parkingu miałem kompletnego flaka centralnie z tyłu ale z Tośkiem szybko usunęliśmy kamień mołdawski i wlepiliśmy łatę. O 14 można było startować. Najpierw zaatakowaliśmy port północny, po drodze były zatłoczone kurorty dla mniej zamożnych, nabite jak nad Bałtykiem. Z portu handlowego zawróciliśmy w kierunku Bułgarii i polecieliśmy na południe do bazy marynarki wojennej. Zwiedziliśmy małe muzeum za świeżym powietrzu z dużą ilością uzbrojenia ale do portu wojennego nie udało się wjechać. Po wizycie na stacji paliw i wulkanizacji dla sprawdzenia poprawności łatania już o 17 byliśmy pod hotelem. Na plaży towarzystwo było już ubawione i wypoczęte. Msza była wyjątkowo wieczorem. Kolacja znów z tańcami egzotycznymi i głośną muzyką, chyba przywykliśmy do tego zgiełku.

 

 

Podsumowanie dnia 7: Pogoda wyśmienita, plażowanie udane, ludzie uśmiechnięci. Przelot dzienny 100 km - takie tam na zwiedzanie i przewietrzenie.

 

 

Dzień 8 - droga do Bukaresztu i Brasov.

Pobudka, Msza, śniadanie i ruszamy. Najpierw 250 km szybką trasą do Bukaresztu. Mieliśmy najdłuższy do tej pory odcinek bez zatrzymania 190km. Centrum miasta, stare tramwaje i krótkie światła rozrywają grupę. Udaje mi się doprowadzić pogubionych na plac centralny. Przed Pałacem Ludowym robimy sobie fotki. Podobno jest w nim najwięcej komnat na świecie 5100. Teraz mamy 145 km do Sinaia gdzie leży w górach zamek Peles. To takie miejscowe "ZAKOPANE" 12,5 tyś. mieszkańców, "Giewont" z krzyżem, korki na wlocie i wylocie, handel wszelki, dutki na prawo i lewo. Niestety do zamku nie dotarliśmy bo na miejscu odbywały się zawody samochodowe, wyścigi na czas na górskiej pętli. Sporo fajnych aut, ferarii, lambo, bolid a nawet maluch. Dotarliśmy jedynie w połowę góry do monastyru by napić się wody. Dalej serpentynami górskimi sypiemy do wielkiego miasta Brasov (280 tyś) a konkretnie do starej części na nocleg. Hotel Coroana przywitał nas luksusem i brakiem restauracji. Obok był fajny mały ryneczek z miejscem do posiedzenia i ukojenia pragnienia. Na kolację szliśmy starymi uliczkami które przypominały te z południa kontynentu. Napis "Brasov" świecił wysoko na przyległej górze i przypominał ten z Hollywood. Jedzenie we wspaniałym ulicznym klimacie co mogą ukazać tylko zdjęcia. Potem wbiliśmy na rynek gdzie odbywał się jakiś festiwal i tłumy wczasowiczów okupywały deptaki i parasole restauracji.

 

naciśnij na zdjęcie aby je powiększyć

 

Podsumowanie dnia 8: Temperatura 35 st. duszno, dopiero w górach nieco chłodniej i mokro. Trasa nizinna szybka, a górska kręta i mokra, korki, jazda środkiem na wilgotnych białych prowadnicach. Przelot dzienny 450 km w tym 100 w górach.

 

 

Dzień 9 - kulminacja wyprawy - Trasa Transfogarska.

Standardowo zaczynamy dzień od Mszy Św. Droga do Sibiu ma 140km i tam tankujemy. Okazuje się że 40 km wcześniej był wjazd na trasę więc się cofamy. Na wlocie amerykańskie transportery z wyrzutniami blokują, pewnie zabłądzili i zawracają bez wprawy. Pniemy się pod górę. Prze 30km wspinaczki zmienimy wysokość z 300 do 2058mnpm. Prowadzę jedną ręką, drugą robię fotki, ale zakrętów sporo więc rezygnuję gdy auta wpychają się między nas. Zatrzymujemy się na punktach widokowych by podziwiać i fotografować. Widowiskowo i trochę straszno, niektóre zakręty 270st. i wyżej i wyżej i... na koniec korek aut i ciasne parkingi na szczycie. Każdy przytula maszynę gdzie się da. Moje moto chcą wywrócić miejscowi handlarze więc muszę przestawić. Robimy jeszcze więcej zdjęć i próbujemy miejscowych przysmaków, w sumie: brud, smród i piękne widoki. Przed nami 800m spadzistego, mokrego tunelu na drugą stronę. Po postoju suniemy właśnie przez te ciemne czeluści. Zjazd jest łagodniejszy i dłuższy, ma ponad 110 km. Po 70km jest tama i zalew. Biegnę przez tamę pieszo by zrobić fajne ujęcia. Potem gonimy grupę bo zostaliśmy tylko we dwóch z Danielem. Mamy do noclegu 400 km, dlatego na dole dzielimy się na grupy, by łatwiej się poruszać. Jeszcze tylko 2 tankowania, 2 arbuzy, jakieś autostrady, jakieś remonty, objazdy. Szczególnie trudny był dla mnie odcinek objazdowy, wąskie drogi, burza na szczycie gdzie wiodła droga, woda lejąca się do kasku, jazda na nartach, korki. Wreszcie docieramy do Timisoary, Hotel Reina, nasza grupa jest druga. Czekamy jeszcze na trzecią którą prowadził Lechu. Potem wspólna późna kolacja i spać. Apartamenty luksus z oddzielnymi sypialniami, na moje oko 40m2.

 

Podsumowanie dnia 9: Gorąco, nawet na górze 28 st. Po trasie powrotnej padało, czasami intensywnie jak to w górach. Drogi szybkiego ruchu w górach są perfekcyjne, ograniczenia do 100 km/h. Trasa Transfogarska na suchej powierzchni nie jest trudna dla wprawionego motocyklisty, ale urwiska śmiertelne jeśli byłoby mokro. Do zakrętów da się przywyknąć choć ramiona bolą, trzeba tylko w odpowiednim momencie przyhamować szczególnie jadąc w dół, hamulce w pojazdach zaczynają śmierdzieć z wysiłku. Ból pleców bo przelot dzienny to 700km z czego 140 to Transfogarska, 200 kręte doliny górskie a reszta autostrada podzielona remontem.

 

 

Dzień 10 - Timisoara - Poprad.

Po Mszy wyruszamy nieco później. Zwiedzamy jeszcze centrum miasta. Dzielimy się na dwie grupy. Jedna jedzie bezpośrednio autostradami do Popradu ocierając się o Budapeszt. Druga w której jadę rusza w kierunku Tokaju. Drogi mamy odcinkowo podobne ok 550km, ale nasza jest słabszej jakości. Po 350 km jazdy lokalnymi wywijasami docieramy na rynek w Tokaju. Robimy postój, zapasy wina i czas na przekąski bo zjedzone po drodze arbuzy już się strawiły. O 16 pędzimy na granicę ze Słowacją, potem przez Koszyce autostradą do Popradu. Deszcz łapie nas tuż przed metą. Pensjonat ujrzeliśmy o 20, tylko godzinę po pierwszej grupie. Wróciliśmy do naszej strefy czasowej. Na kolacji nastąpiły podziękowania dla organizatora Ks. kapelana Janusza Szymańskiego i dla prowadzących Lecha i Rycha. Potem były toasty z Tokaja którego 8l rozcieńczyliśmy kostkami lodu otrzymanego z baru obok. Integracja była entuzjastyczna i nieco za głośna, ale trudno czasami trzeba czego nie wypada - sorki Sławek. Nad ranem moto Lecha pobudziło nas alarmem i wyło z godzinę - kolego Twoja syrena ma moc.

 

naciśnij na zdjęcie aby je powiększyć

 

 

Podsumowanie dnia 10: Dzień rozpoczęty w 30 st. zakończony w 10. Góry żegnały i witały nas deszczem. Atmosfera wspaniała, szkoda wracać. Przelot dzienny 560 km.

 

 

Dzień 11 - dom.

Msza, śniadanie i podział na grupy. Każda ekipa jechała na inne przejście graniczne. Z x. Januszem wracaliśmy tą samą drogą przez góry którą tu wjechaliśmy 11 dni temu. Przez Kraków mknęliśmy bus-pasami które tam są dostępne dla motocyklistów. Brawo Kraków - nędza Warszawa ! S7 poprzecinana jest remontami i budowami, nabraliśmy sporo błota. Po obiedzie już bez zatrzymania dojechałem do domu.

Podsumowanie dnia 11: Deszcz, deszcz, deszcz i błoto. Przelot dzienny 520 km.

 

Podsumowanie całego rajdu:

Przed wyjazdem wyzerowałem licznik a po powrocie pokazał mi 4898 km.

Koledzy z Białegostoku przekroczyli 5 tyś.

Poznałem wszystkie rodzaje dróg i nawierzchni.

Łatałem koło i pomagałem innym.

Przerzuciłem w kieszeni 5 walut obcych.

Tankowałem 25 razy i spaliłem 340 l paliwa.

Miałem przepiękne przeżycia nie tylko dzięki widokom ale przede wszystkim dzięki całej ekipie której serdecznie dziękuję za wspólną braterską podróż.

Czekam na zdjęcie do relacji - przysyłajcie !!!

 

Taki mieliśmy plan:

Dzień 1 Częstochowa-Miszkolc ( termy Węgry) 530km-15 lipca 

Dzień 2 Miszkolc-Sapanta304km (wesoły cmentarz) -Barsana- 50 kmOcna Şugatag

Dzień 3 Ocna Şugatag-Kaczyka Polska wioska 230km-Suczawa 50km

Dzień 4 Suczawa- Jasi 150km-Kiszyniów 170km-Cricowa 20km Winnica- Kiszyniów

Dzień 5 Kiszyniów- Neptun 490km-Olimp

2 dni nad morzem Czarnym

Dzień 8 Olimp –Bukareszt 250km- Peles 130km (zamek)-Sighisoara 170km

Dzień 9 Sighisoara – Sibiu – trasa transfogaraska – Curtea de Arges Timisoara 370km

Dzień10 Timisoara-Tokaj340km-Poprad słowacja 200km  

Dzień 11 Poprad – Warszawa 520km

ks. Janusz Szymański

www.ostrabrama.pl

 

 

Pojechałem, zobaczyłem i jestem pełen podziwu !

Czekam na Wasze fotki do relacji !

 

Twój komentarz jest dla mnie ważny !