Świętość to konieczność

Wszyscy mówią „Nie jestem święty”, ale tylko święci mówią to z bólem.

 

 

„Nie jestem święty” – to niezwykle popularne hasło. Bardzo się przydaje, gdy trzeba wyjaśnić, czemu robi się świństwa, draństwa i inne paskudztwa, a nie zamierza się z tym zerwać.

Z reguły ten, kto w takim celu mówi „nie jestem święty”, jest przekonany o czymś zupełnie przeciwnym,  ale jako świętemu nie wypada mu się tym przecież chwalić. Pokora, skromność, sami rozumiecie.

Z tą świętością to w ogóle dziwna rzecz. Bo im kto jest naprawdę świętszy, tym wyraźniej widzi, jak bardzo jest nieświęty. I w dodatku ma rację. Dzieje się to na tej zasadzie, że gdzie jaśniej, tam lepiej widać zabrudzenia. To dlatego kto się więcej spowiada, ten widzi coraz więcej powodów do spowiadania się. I nie są to powody wyimaginowane. Bo też w świętości nie chodzi o osiągnięcie stanu bezgrzeszności, tylko o złączenie się z Jezusem. Bez Niego nikt nie utrzymałby się nawet przez chwilę w łasce uświęcającej. Z czasem dojdzie i do bezgrzeszności, bo w niebie nie ma niczego, co byłoby nieczyste. Niczego tam nie ma, co nie podobałoby się Bogu. Na ziemi jednak wszyscy jesteśmy skażeni i nawet najszczytniejsza motywacja jest podszyta egoizmem. To jednak Boga nie zraża. Nie oczekuje od nas sukcesów, tylko walki. Sukcesy są w jego mocy, w naszej – wola pełnienia Jego woli. W oczach Boga właśnie ta wola jest cenna – i właśnie ona decyduje o świętości. 

 

Mamy więc paradoks:

  • świętość osiąga ten, kto wie, że nie jest święty, ale chce nim być.

  • Świętość na ziemi się dzieje, po śmierci się utrwala.

  • Kto chce być zbawiony, ten musi być święty.

  • Innej możliwości nie ma, bo w niebie są wyłącznie święci.

 

Autor - Franciszek Kucharczak GN 44/2014

 


Świętymi bądźmy...

 

 

Twój komentarz jest dla mnie ważny.

 

{jcomments on}